Powitanie z Rosją

Do pierwszej budki strażnika uformowała się kolejka składająca się z kilku samochodów. W pierwszej chwili zastanawiałem się czy powinienem przebijać się „po motocyklowemu” na początek czy może stać karnie, ale jak wyobraziłem sobie te kilkanaście minut w pełnym słońcu żwawo wyforsowałem się na środek.

Pewnym krokiem podszedłem do budki:

– Zdrasti*, kakaja u Was procedura?

* od „zdrastwujcie”.

W skrócie: Kartoczka, pogranicznik, celnik i rura. Niestety, plan aby wypełnić „kartoczkę” nie mogłem się schować w cieniu, który dawała budka

– Naruszenie reżimu

Wpisałem to co wiedziałem, dostałem pozwolenie na dojazd do kolejnej budki pogranicznika. Przynajmniej w cieniu stała tak więc mogłem karnie stać 10 minut i patrzeć cały czas na wprost, zgodnie z otrzymanym wcześniej pouczeniem. Pan cały czas sprawdzał coś w komputerze, miałem nadzieje, że wcale się nie przejmie tym, że zgodnie z wypełnioną deklaracją wizową powinienem być jakieś 800 kilometrów na południe. Dłuższa chwila niepewności i czas na celnika. Ten natomiast chciał obejrzeć wszystko, powtarzając w kółko

– Opeeeeeeeeeeeeeeeeeeeen, pleeeeeeeeeeeeeeeeeeeaaaase

Kufer, narzędziówkę, namiot, śpiwór, kieszenie w kurtce. Do tego piesek szukający narkotyków, którego kategorycznie nie można głaskać. Kiedy już wszystko obejrzał mogłem pojechać dalej.

Wszystko jak dosyć stresująca próba przekroczenia granicy a tak naprawdę była luźna atmosfera. Ot, trzeba się trzymać przepisowo, a poza tym to dokładne sprawdzanie wszystkiego, ale z uśmiechem. Kazachsko-rosyjska granica to jedyna podczas tej podróży, na której nikt ode mnie, nawet w żartach nie chciał.

Kolejne 200 kilometrów to ostateczne pożegnanie ze stepem. Po prostu – powoli zanikał. W tym czasie obroty dalej falowały a motocykl głupiał. W tych momentach po prostu kląłem:

– Kurwa, nie teraz!

I odkręcałem gaz. Jakoś się udało.

 

W ten sposób dojechałem do Saratova, skąd wzdłuż rzeki, na południe, planowałem dostać się do Wołgogradu. Pojechałem starą drogą, po wschodniej stronie. Po 12 dniach spędzonych w stepie było to dla mnie niesamowite przeżycie. Nagle czułem wilgoć rzeki, jej zapach, mijałem wioski co kilkanaście minut. Czułem się dobrze i bezpiecznie. Droga była raz lepsza, raz gorsza, a raz offroadowa.

 

Aż wreszcie, po prostu się skończyła. Na brzegu rzeki stał prom. Wołga w tym miejscu jest ogromna i robi potężne wrażenie.

– Masz pecha, ostatni prom właśnie odpłynął

Usłyszałem od pracownika promu, który stał na wielkiej platformie przycumowanej do brzegu, do której to cumował prom.

– A mógłbym tutaj rozbić namiot?

– Coś się wymyśli, siadaj.

I tak trafiłem na jedną noc do załogi. Spałem w kajucie udostępnionej mi przez samego kapitana, kolacje zjadłem z resztą obsługi oraz Ormianami prowadzącymi bar na promie. Razem oglądaliśmy nieudolne próby wyjazdu Kamaza wraz z przyczepą z promu, który wrócił „do bazy” na noc, jedliśmy szaszłyki, wypiliśmy trochę wódki i piwa.

aparatresized044

Szybko też zdiagnozowałem awarię. Po prostu, nie przykręciliśmy wraz ze Stiepą masy do akumulatora. Szybko dobrana śrubka załatwiła sprawa, rozładowałem też przeładowany akumulator.

Całe szczęście nie przejechałem drugą stronę. Tego dnia jakiś Czeczen zabił nożem Rosjanina (ponoć o kobietę poszło). Naród urządził sobie polowanie na przybyszów w Kaukazu z odwecie. Były takie zamieszki, że wojsko zamknęło drogę Saratov – Wołgograd (to 400 km!). W moim towarzystwie byli i Rosjanie, i Ukraińcy, i Ormianie  – z niedowierzaniem kręcili głowami gdy oglądali migawki telewizyjne pokazujące te wydarzenia.

– Ryba psuje się od głowy

Podsumował Rosjanin a reszta smutno pokiwała głowami.

Dodaj komentarz