Pierwsze kontakty z miejscowymi

Kiedy się obudziłem na miejscówkę Kowal przywiózł kolejną grupę Polaków z lotniska. Dla mnie zrobiło się zbyt swojsko i postanowiłem uciekać, szczególnie, że zobaczyłem flaszkę wódki na stole. Nie żebym miał coś przeciwko Polakom czy wódce – po prostu, miałem tylko cztery tygodnie na powrót do kraju i nie chciałem utknąć w Biszkeku. Przed wyjazdem musiałem jeszcze raz się spakować, wywalić filtr paliwa i przy okazji wymienić przewód paliwowy i wymyślić sobie trasę, bo natłoku przygotowań po prostu nie zdążyłem.

W tym celu wybrałem się do naszych sąsiadów czyli trzech Niemców, którzy od dwóch tygodni jeździli po Kirgizji na motocyklach. Pod koniec wymyślania marszruty Niemiec, który już zdążył się dowiedzieć, że jadę sam, zapytał mnie o moje doświadczenia offroadowe. Szczerze odpowiedziałem mu, że to może 150 kilometrów, z czego połowę zrobiłem podczas jednego przejazdu rok wcześniej w Gruzji.

– a wiesz, że w Kigizji 80 procent dróg to szutry?
– wiem

Spojrzał na mnie jak na kompletnego debila i wydusił z siebie:

Nigdy nie jeździj po ciemku, zawsze miej chociaż trochę gazu otwartego!

a następnie trochę zmienił trasę przejazdu i szybko się oddalił. Jeżeli był wierzący to podejrzewam, że poszedł się modlić.

Po szybkim pożegnaniu ruszyłem na Osh z Biszkeku. Pierwsze siedemdziesiąt kilometrów to był klasyczny sowiecki pierdolinik. Przegląd Ład Samar ze wszystkich roczników, burdel na drodze, płoty ze ścianki kontenera cargo, taki sobie asfalt, szkaradne przystanki autobusowe oraz zerowe oznaczenia: brak tabliczek z nazwami miejscowości czy drogowskazami. Za to były te murowane „pomniki” przed niektórymi miastami. Nie był to wielki problem, tego dnia do ogarnięcia miałem jeden zakręt w lewo w miejscowości Kara-Bałty.

A za tym zakrętem zaczęło eis to po co tu przyjechałem. Mega widoki i kręte drogi. po 80 km i pokonaniu jednej przełęczy moim oczom ukazała się jurta, nad która stał minibus i namiot. Pomyślałem sobie, że wycieczkę zacznę od kontaktu z miejscowymi i rozbiłem się obok. Konstrukcja mojego namiotu niesamowicie ciekawiła miejscową dzieciarnie, więc miałem siedmiu małych pomocników do budowy domu. Mieszkańcy jurty sprzedawali przy drodze kumus i bardzo słony, suszony ser biały. No i oczywiście mieli konie i owce. Wracając do namiotu poznałem Kubę i Lucjana. Myśląc, że to miejcowi zapytałem ich czy nie sprzedali by mi jakiegoś żarcia.

I w ten sposób wkręciłem się na przepyszne szaszłyki w marynacie z kiwi, wódkę i sałatkę. Moi gospodarze okazali się być mieszkańcami Biszeku, których wynajął Rosjanin Żenia, turysta górki. Żenia biega po górach (nazywał to „sanatorium”) a Kuba z Lucjanem samochodem wożą mu dobytek oraz organizują jedzenie. Ponieważ na wschodzie najrozsądniejszą taktyką rozmawiania o polityce przy wódce z nowopoznanymi ludźmi jest stwierdzenie, iż wszyscy politycy to piździelce błysnąłem wypowiadając tę sentencje po wypiciu kolejnego kieliszka. I tu zostałem poprawiony – jeden jest rozsądny:

– Putin

Koło 22 poszedłem spać i okazało się, że wyspać będzie się ciężko. Mój śpiwór oraz bielizna termiczna nie dawały rady. Gdzieś po godzinie snu obudziło mnie uderzenie w namiot. Przestraszyłem się nielicho, niemniej dziarsko wyskoczyłem bronić dobytku. Okazało się, że w namiot uderzył przechodzący wraz z resztą stada koń. Noc była słaba, co chwilę budziło mnie takie dziwne poczucie niepokoju, mimo, iż do rana było już spokojnie. To chyba dlatego, że podczas kolacji położyłem chleb do góry nogami – Kuba od razu mnie pouczył, że tak chleb leżeć nie może, bo będzie chujowo. No i było.

Dodaj komentarz