Trzysta kilogramów fartu

Zaopatrzony w mapę narysowaną na kartce papieru, tak aby jeszcze raz się nie zgubił oraz w pyszny domowy chleb „na drogę” ruszyłem dalej w stronę jeziora Song Kul. Po kilometrze, za mostem, miałem skręcić w prawo, tam też miał mieszkać brat sąsiada, u którego bankowo miałem mieć możliwość zakupienia paliwa, potem przełęcz i dalej już miało być łatwo. Lekko kropił deszcz, więc moja akademia enduro postawiła przede mną kolejne wyzwanie. Górska droga z ogromnymi koleinami plus śliska nawierzchnia. Śmiało ruszyłem do przodu.

Na którym zakręcie wywinąłem klasycznego paciaka w koleinie. Rozpoczęła się praca logistyczno-siłowa. Należało zaplanować w jaki sposób wytargam motocykl z dziury i jak go ustawić żeby dało się wyjechać. Trwało to z pół godziny. Było to pierwszy raz kiedy pomyślałem sobie, że te kufry aluminiowe to może nie jest najlepszy sposób pakowania bagażu – nie da się ich odpiąć w razie czego.

Kolejny warty odnotowania fakt to zakup paliwa. Dokonałem tej sztuki w środku niczego. Po prostu, zauważyłem stojący na drodze UAZ, zatrzymałem się, pogadałem chwilę i moi nowi znajomi sprzedali mi pięć litrów paliwa. Do tego poczęstowali mnie chlebem, wypiliśmy półtora litra kumuzu i wypaliliśmy kilka papierosów. Taka procedura, z ewentualną zmianą kumuzu na herbatę to podstawa załatwienia tam czegokolwiek. Najpierw należy się przedstawić, potem pogadać, potem wypić to co dają i jest już z górki. Po kilku dniach w Kirgistanie kumuz nawet zaczął mi smakować, piłem jak na Kirigiza przystało, zamaszystym ruchem biorąc butelkę nad głowę i wlewając w siebie kilka konkretnych łyków.

Zadowolony z siebie udałem się do brata mojego pomocnika z poprzedniego dnia. W domu zastałem brata i kilkoro dzieciaków. Wypiłem pół hektolitra herbaty, zjadłem chleb i kupiłem kolejne pięć litrów paliwa. Rozmowa była bardzo miła, bo brat-sąsiada-mechanika był inżynierem pochodzącym z tych stron mieszkającym na stałe w Biszkeku. Deszcz nawet przestał padać, w baku miałem prawie 20 litrów benzyny więc w duchu nastawiłem się na piękną przygodę.

Wnuk brata sąsiada mechanika

Pożegnałem się i z uśmiechem ruszyłem do góry. Przejechałem dwie serpentyny i na trzeciej poległem po długiej walce. Po prostu, na pozornie niegroźnie wyglądającym podjeździe motocykl nie dawał rady. Jakby mu brakowało mocy, zatrzymywał się i gdy próbowałem go uruchomić nie udawało mi się wejść na wyższe obroty niż 1000. Tak więc sprowadzałem go kilka metrów niżej, tam chodził już normalnie, próbowałem podjeżdżać i znowu to samo. Po któreś glebie nogę mi przygniótł kufer i przez jakieś dwadzieścia minut nie mogłem się wydostać spod motocykla. I to był drugi moment, w którym pomyślałem, że miękki bagaż mógł by być bardziej wskazany.

aparatresized018

Po jakimś czasie poddałem się i postanowiłem zawrócić. Wracając wpadłem poinformować brata-sąsiada-mechanika o mojej porażce. Na wieść o tym facet bardzo się zdziwił i zaproponował, żebyśmy pojechali razem, bo on i tak tego dnia wybierał się do Biszkeku. Okazało się, że tam są tylko trzy serpentyny, więc dalej droga miała być łatwa. Co prawda jego propozycją było ewentualne holowanie w razie w problemów, ale postanowiłem to zamienić na włożenie kufrów do jego samochodu. Wypiliśmy kolejny hektolitr herbaty, a gdy ociągałem się z piciem gospodarz zachęcał mnie

Pij czaj! Czaj eto siła!

Gdy wyjeżdżaliśmy z posesji spotkaliśmy na drodze półciężarówkę ze znajomymi gospodarza. To tylko pozornie nic ciekawego – miało to niebagatelny wpływ na dalsze wydarzenia. W tamtych okolicach samochód widuje się raz na kilka godzin. Ruszyliśmy pod górę. Feralną serpentynę bez kufrów zrobiłem na luzie i nim poczułem się dobrze zaczęło padać. Dobrze, że dużo wypiłem czaju tego dnia, bo motocykl podnosiłem co chwilę. Droga okazała się być drogą z gliny. Po jakimś czasie ciężko było po niej chodzić, próbowałem omijać glinę i jeździć po kamieniach, ale dualowe K60, moje umiejętności w połączeniu z narastającym zmęczeniem dawały efekt w postaci coraz częstszych wywrotek. Dodatkowo powróciły problemy z mocą motocykla. Wreszcie ktoś mądrzejszy ode mnie zadecydował

Nada motocikl zagruzować na maszinu

W półciężarówce było dwóch Kirgizów, gospodarz na oko miał sześćdziesiąt lat a paka fury była na wysokości przynajmniej półtora metra. To, że na pace było kilka kóz i cielak stanowiło najmniejszą przeszkodę. I tu nastąpił kolejny zbieg okoliczności – z naprzeciwka wyjechał bus z robotnikami wracającymi z Biszkeku w rodzinne strony. W dziesięciu łatwo wrzuciliśmy Teresę na pakę.

aparatresized020

Wsadziłem kask i rękawiczki do bagażnika Łady Niwy gospodarza i razem jechaliśmy dalej. Droga była ciężka, Ził (czy co to był za radziecki sprzęt) potrafił się zakopać w koleinach, więc konieczna była akcja ratunkowa polegająca na niwelowaniu nierówności kamieniami i pchaniem, Ładę raz nawet wyrzuciło z drogi na łąkę. Mało nie narobiłem w gacie ze strachu, lecz inżynier uspokoił mnie zadanym z dumą pytaniem:

Charoszyj ruski dźip, ha?!

W tej atmosferze dojechaliśmy do jakieś jurty gdzie brata-sąsiada-mechanika zamierzał wypić herbatę (czytaj spędzić co najmniej godzinę) co nie pasowało kierowcom Ziła. Zostałem przerzucony na pakę wraz z motocyklem a fanty z Łady miałem odebrać po zjechaniu do doliny. Początkowo jechałem na pace w lekkiej panice, ale po jakimś czasie zacząłem sobie nawet pstrykać fotki.

aparatresized023

Ledwo zdążyłem się oswoić z sytuacją kiedy kierowcy zatrzymali Ziła i oświadczyli, że tutaj kończy się moja podróż. Teraz już ma być tylko z górki, droga łatwa a miejsce motocykla mają zamiar załadować krowy. I faktycznie, krowy zaraz się pojawiły się. Nie ma co zgrywać hojraka – uruchomił mi się panic mode. Chciałem im nawet rzucić jakąś kasę jako argument, żeby zwieźli mnie na dół, ale uparli się, że nie zdążą wrócić po krowy przed zmrokiem. Motocykl po wyładowaniu odpalił od pierwszego strzału. Niestety, kozy go trochę zdemolowały – urwana sprężyna od stopki bocznej i ułamane lusterko. Lusterko schowałem do kieszeni a stopkę złapałem na sznurek. Musiałem jechać, mimo, że kask został w Ładzie. Kierowcy w ogóle nie rozumieli moich obaw przed jazdą bez kasku, jedyne co do nich przemawiało to to, że będzie mi zimno. Więc jeden z nich dał mi swoją czapkę.

Tak więc jak będziecie kiedyś pomiędzy Tulok i Kolozoy i usłyszycie historię o gościu, który nie umiał jeździć motocyklem i ciągle leżał a do tego jeździł jak cipa tylko w kasku to będzie na pewno o mnie.

Przejechałem w czapce może kilometr i stwierdziłem, że to nie ma sensu. Zawróciłem i próbowałem znaleźć Ładę. Jazda bez kasku działała mi tak na wyobraźnie, że to nie miało żadnego sensu. Droga i może była lepsza, ale tyle, że w dół. Szanse, że ją przejadę bez gleby praktycznie zerowe.

Spotkałem Ładę w połowie drogi, zabrałem kask i zabraliśmy się do zjeżdżania w dolinę. Nawet nieźle mi to szło, wywrotek nawet nie pamiętam, czyli było ich mało i nie były spektakularne. Zgubiłem też jedną śrubę od stelaża, więc, żeby nie tracić czasu złapaliśmy latające części na sznurek.

Coraz  bardziej kirgiski ten Twój motocykl

W takim klimacie dojechaliśmy do Korozoy gdzie był kolejny przystanek, bo brat-sąsiada-mechanika miał tam kolejną część rodziny do odwiedzenia. Facet miał nieliche poważanie – nie wiem o czym opowiadał, bo rozmawiali po kirgisku, niemniej jak coś mówił to wszyscy kiwali głową z uznaniem. Kobiety nie zabierały głosu w ogóle, młodsze pokolenie również siedziało cicho. Ja wykorzystałem ten czas na przebranie się w suche ciuchy – miałem wszystko przemoczone do tego stopnia, że na piecu suszyłem portfel i banknoty, które w nim miałem.

Wracaliśmy szutrówką drogą, którą przyjechałem w góry. Dopóki było jasno jechało się świetnie. Po tych przygodach szutrowa droga wydawała mi się autostradą i uciekałem Ładzie Niwie jadąc z prędkościami, o które bym siebie nigdy nie podejrzewał. Jeszcze tylko tankowanie i przejazd asfaltem przez tunel i góry do obiecanego noclegu w KaraBałty. Żeby nie było zbyt łatwo to zrobiło się ciemno, więc wzrósł stopień trudności i spadła temperatura. Te kilkadziesiąt kilometrów po asfalcie kosztowało mnie masę zdrowia, mimo, iż wydawało się to być czymś nieporównywalnie łatwiejszym niż to czego (nie)dokonałem przez cały dzień.

Kilka zdjęć z doliny. Z przełęczy nie potrafię nic znaleźć.

Dodaj komentarz