80 kilometrów

Czerwone kotary, słabe światło, osiem, może dziesięć stolików przykrytych zniszczonym obrusem. Papierosowy dym trochę przesłania obraz z telewizora, którego głośnik męczy nas najgorszym turbofolkiem jaki słyszałem w życiu. Oprócz nas w motelowej knajpie gdzieś pod Foca znajduję się kilku mężczyzn, mieszkańców okolicy, którzy wpadli wypić wieczorne piwo. Nie jest niczym zaskakującym, że dziś, dla nich, główną atrakcją wieczoru jest moja towarzyszka podróży, kwestią czasu jest próba ataku przez pierwszego amanta. Najpierw dostajemy papierosy, mimo, że o nie nie prosiliśmy. Potem dosiada się do nas brunet z przenikliwym spojrzeniem. Skąd jesteśmy, gdzie byliśmy, czym przyjechaliśmy, gdzie jedziemy, typowe pytania, które padają w każdym zakątku świata. Jednakże tym razem jesteśmy świadkami przedstawienia innego typu. Po upewnieniu się, że my traktujemy wszystkie nacje świata („ludzie to ludzie”) zaczyna się show naszego lowelasa.

– Karadzić – odpowiadając w ten sposób na pytanie o swoją narodowość skierował reflektory na swoją wyprężoną pierś. Po kilku następnych łykach piwa opowiedział nam dowcip o homoseksualiście wchodzącym do meczetu (tak, ten o szwedzkim stole). Chwilę później głupkowaty rechot zagłuszył refren piosenki.

Ten sam dowcip słyszałem w Sarajevie z ust wyznawców islamu. Miał zupełnie inny wydźwięk, mimo, że oba miejsca dzieli  tylko osiemdziesiąt kilometrów.

Republika Serbska to piękna część Bośni. Aby dojechać do Focy z Sarajeva jedzie się wzdłuż kanionu rzeki krętą drogą. Później wzdłuż Driny do granicy czarnogórsko-bośniackiej, która przekracza się po drewnianym moście, który wisi nad Tarą. Ciężko powiedzieć, która z tych rzek jest na tym odcinku piękniejsza.

Dodaj komentarz