Powrót

Do domu zostało nam jakieś 1500 kilometrów więc podzieliliśmy to na trzy odcinki. Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy gdzieś nad Balatonem, gdzie mieliśmy spotkać znajomych jadących na Bałkany z Polski. Był to też mój egzamin z tego czego nauczyłem się przez cały wyjazd, bo zamiast autostradą pojechaliśmy górską drogą numer 23. Na początku byłem bardzo z siebie niezadowolony, mimo, że była to jedna z trudniejszych (o ile nie najtrudniejsza) przepraw podczas wyjazdu. Po jakimś czasie nastąpiło przełamanie. W lusterku zobaczyłem jakiegoś starego Transita z mała przyczepką, który chciał mnie wyprzedzić i stwierdziłem, że jeżeli mu się uda to kończę karierę na dwóch kółkach. Ta myśl musiała mnie zdopingować, bo wkrótce zgubiłem Transita i rozpoczęła się zabawa w „Dogoń – Wyprzedź – Zgub”. Nim się rozbrykałem na dobre dojechaliśmy do Karlovaca i zrobiło się przeraźliwie płasko. Znowu się zgubiliśmy, tym razem w Zagrzebiu i przez to nad Balaton dojechaliśmy po zmroku, ostatnie 50 kilometrów jadąc po autostradzie. Lokalne drogi obrzydził nam jeleń do spółki z zającem. Jeleń już szykował się do skoku, ale ostre hamowanie i klakson przekonały go, że nie ma czego szukać po drugiej stronie szosy. Zająca też udało się spłoszyć, ale strachu przed kolejnymi spotkaniami już nie. Okazało się, że wszystkie kempingi były już zamknięte a znajomi znaleźli jakieś pokoje w promocyjnej cenie 10 euro od osoby w samym Siofok. 600 km, z czego tylko 50 po austradzie. Sporo.

Gdzieś na drodze 23
Lajtowa sekwencja zakrętów

 

Siofok
Balaton – czym tu się zachwycać?

Następnego dnia wypiliśmy kawę nad Balatonem i pojechaliśmy szukać noclegu w okolicach Liptovskiego Mikulasa. Byliśmy bardzo zmęczeni po poprzednim dniu, więc ominęliśmy węgierską autostradę, wynudziliśmy się na słowackiej prowincji pomiędzy Komarno a Kana nad Horom i wskoczyliśmy na eskpresówkę do Banskiej Bystricy. Nocleg za 9 euro znaleźliśmy w Prosieku – początkowo byliśmy wszystkim zachwyceni, językiem i akcentem pani gospodyni, okolicą, jedzeniem w pobliskiej restauracji i piwem w lokalnej knajpie. Czar prysł rano, jak się zorientowaliśmy, że nasza dobrodziejka zakręciła termę na noc i tym samym, po dosyć chłodnej nocy, zaproponowała zimny prysznic. Prosiek 40 – nie polecamy.

Słowacka prowincja – synonim nijakości
Gdzieś w słowackich gorach
Narożnik jak marzenie
Gospodyni zapewniła towarzystwo na wieczór
Palarnia

Ostatni dzień to ciągła groźba deszczu, rzeźnia na drodze w Polsce i szok termiczny: dzień wcześniej na Słowacji było 29 stopni, u nas 16. Wpięliśmy membrany i poszewki, które do tej pory jedynie zajmowały miejsce w kufrach, założyliśmy kominiarki i jakoś dojechaliśmy do domu. Do tego kilka razy zgubiliśmy drogę, a niestety, nie mieliśmy ani mapy Polski, ani Słowacji tylko beznadziejną mapę Europy, więc pojechaliśmy na około.

Lepiej nie będzie
Słowacki patent na sprzedaż resztek obiadu na śniadanie czyli „pikantne tosty” w Motorest
Rodacy, witamy w kraju!

 

 

 

Dodaj komentarz