Początek przygód

Rano dostałem od mojej gospodyni na śniadanie wyśmienity domowy dżem. Pani było bardzo trudno zrozumieć jak mogę podróżować bez przerw na herbatę. W każdym kirgiskim domu, który odwiedziłem herbatę pije się hektolitrami. Mimo moich oporów na drogę dostałem miseczkę na napój oraz wrzątek do butelki. Postawiłem sobie za punkt honoru dowiezienie tego podarunku do Warszawy i od tego momentu dbałem o to szkło jak o jakiś amulet. Tak wyekwipowany wyruszyłem w dalszą stronę w kierunku jeziora Song-Kul. Zostałem też ostrzeżony, że droga będzie znacznie gorsza.

No i była, nigdy wcześniej nie jechałem górską drogą bez asfaltu, z kamieniami i półmetrowymi koleinami. Często musiałem się zatrzymywać aby ocenić którędy mam szansę przejechać, brać dwa – trzy głębokie wdechy, mówić na głos „uda się” i dopiero wtedy próbować przejechać. W pewnym momencie byłem gdzieś na wysokości 2500 metrów (przełęcz Tor-Jaloo). Nigdy też nie byłem w tak pięknym miejscu. W trzy godziny zrobiłem może 70 kilometrów mijając kilka jutr, pojedyncze samochody. W pewnym momencie wywaliłem się. Długo nie mogłem odpalić motocykla, dławił się jakby nie miał benzyny co było zaskakujące bo od ostatniego tankowania przejechałem może 150 kilometrów. Wreszcie się udało ale motocykl zachowywał się bardzo niestabilnie, miał bardzo niskie wolne obroty. Całe szczęście wydarzyło się  to na skraju wsi tak więc postanowiłem poprosić mieszkańców pierwszej chałupy o możliwość sprowadzenia motocykla na ich podwórko i tam podjęcia próby reanimacji sprzętu.

Przy stole zastałem starsze małżeństwo podejmującego znajomego chlebem, herbatą i wódką. Przedstawienie mojej sytuacji zajęło mi dłuższą chwilę, bo przecież należało wypić herbatę oraz dwa kieliszki wódki. Odpiąłem kufry i na listonosza zjechałem do obejścia. Mimo to, wyłożyłem się jeszcze dwa razy. Diagnozę postawiliśmy wspólnie – dokupić paliwa, bo faktycznie w baku prawie nic nie zostało, zmienić świece, wyregulować wolne obroty.

Do roboty – w moim motocyklu wymiana świec to nie jest wielka filozofia, należy odkręcić kilka śrubek i jest dostęp do świec. Niestety, mój nowiutki, kupiony przed samym wyjazdem klucz do świec zaklinował się. Jego rozmiar był dobry, niestety średnica samego klucza była za dużo – można było go włożyć w otwór, niemniej nie dało się ani wykręcić świecy ani wyjąc klucza.

W tym momencie moi gospodarze przeszli przyśpieszony kurs polskich przekleństw. Wreszcie wpadłem na pomysł aby zdjąć pokrywę zaworów –  zdążyłem sobie przygotować klucze, skonsultować sprawę z kolegą mechanikiem, który podróżuje na takim samym motocyklu podczas gdy na podwórko wpada czterech Kirgizów. Gdy zorientowali się, że mam jakiś problem postawili sobie za punkt honoru mi pomóc i faktycznie, jeden z nich, jakimś cudem wyjął ten nieszczęsny klucz. Motocykl zaczął też sam z siebie lepiej pracować, widocznie przestraszył się wizji dokonywania napraw moimi rękami. Gospodarze obiecali sprzedać mi dwa-trzy litry paliwa, co doprowadziło wspomnianych czterech gości do szału. Zaczęli krzyczeć na mojego gospodarza, że to strasznie mało, żeby mi koniecznie sprzedał więcej. Aby trochę załagodzić sytuację, za radą miejscowych, idę w dół wsi spróbować kupić paliwo sam. Znalazłem tylko kilku ludzi zajętych wyciąganiem Łady Niwy z rzeki – ktoś spadł dobre kilkanaście metrów w dół, samochód cały porozbijany, bez szyb – mimo to chłopaki są dobrej myśli, że w ośmiu, za pomocą dwóch koni wyciągną Ładę i na miejscu ją naprawią.

Gdy wróciłem z rekonesansu przed wjazdem na obejście stał ULAZ. Pomyślałem sobie, że jestem uratowany. Przywitałem się grzecznie i zapytałem najstarszego człowieka czy nie mogli by mi sprzedać trochę benzyny. Oprócz niego w samochodzie siedziało kilka kobiet, kierowca oraz kilku nastolatków. Jak się potem okazało, jechali na jakieś wesele. Po chwili rozmowy została mi okazana jakaś czerwona książeczka i zostało mi oświadczone, że mam przyjemność z naczelnikiem milicji. Niestety, nie dało się ukryć, że właściciel owej legitymacji wypił tego dnia dużo wódki – mówiąc krótko – będą kłopoty.

– a rejestracja pobytu gdzie?

– niepotrzebna

– to skąd mam wiedzieć, że jesteś turystą?!

I potem kolejne głupie pytania i próba „rewizji”. Moim błędem było pozwolenie mu na grzebanie w moich rzeczach. Podczas szukania narkotyków w moim bagażu naczelnik odkrył, iż nie mam papierów na kamerę Go Pro oraz brakowało mu też rachunków na ładowarkę do telefonu oraz dokumentów poświadczających, że  kable USB należą do mnie.

Całość tej rozmowy tłumaczył mi jeden z nastolatków, bo naczelnik albo mówił po kirgisku albo tak bełkotał, że powstała pomiędzy nami bariera językowa, której nie potrafiliśmy przeskoczyć.

Jako „podarek” naczelnik wybrał aparat fotograficzny oraz scyzoryk. Młody tłumacz twierdził, że da się to wymienić na pieniądze. Zaproponowałem mu zawrotną sumę 200 sumów (jakieś 13 złotych). Podbiłem stawkę do 500 som, jednakże „w cenie” miałem dostać  paliwo. Resztę gotówki miałem schowaną w innym miejscu, które czujne oko naczelnika pominęło, więc wiedziałem, że w negocjacjach nie przeskoczymy sumy 2000 somów.

Takie kwoty nie przekonały dziarskiego milicjanta. Powiesił sobie na szyi moje rzeczy i próbował pójść, jednak stanąłem mu na drodze mówiąc:

– to jest moje

– co?! ja jestem twój?!

Wróciliśmy więc jeszcze raz na miejsce negocjacji, które odbywały się za chałupą. Stanęło na tym, że mam dostać 10 litrów paliwa za 750 som czyli podatek naczelnika wynosi 250. Sytuacja wydawała się być opanowana, młody nawet poszedł przelewać paliwo, ale naczelnik widocznie przypomniał sobie swój „przelicznik” i zażądał więcej kasy. Wracamy do starej śpiewki. Że nie chce mu dawać kasy, bo nic złego nie robiłem. Że Kirgizów i Polaków łączy przyjaźń, więc dlaczego w ogóle w ten sposób rozmawiamy. Że w ramach tej przyjaźni mogę mu postawić flaszkę, ale więcej uważam za przesadę. Nic do uparciucha nie chciało trafić, minęły dwie godziny tej zabawy, poczułem się bardzo zmęczony, pomysły mi się skończyły, więc po prostu spróbowałem mu aparat zdjąć z szyi.

Spojrzeliśmy sobie w oczy, zacisnąłem pięść i przygotowałem się do wyprowadzenia jakieś ciosu, po którym mógłby wzbogacić swoją kolekcję złotych zębów. Po prostu, miałem już go serdecznie dosyć.

W tym momencie wrócił młody tłumacz i mówi, że wszystko jest przygotowane przy UAZie. Kirgizi wymienili pomiędzy sobą kilka zdań w swoim języku, z których nic nie rozumiem. Gdy doszliśmy do samochodu nastąpiła radykalna zmiana nastrojów.  Nagle zaczynają się do mnie zwracać per „małodiec”, dostałem z powrotem aparat oraz szklankę z setką wódki, którą koniecznie muszę wypić do dna. Za chwilę dolewka.

– a pieniądze to gdzie masz?

Zamiast odpowiadać naczelnikowi wskazałem palcem jego kieszeń. Ten rozbawiony oddał mi na oczach wszystkich 250 som podatku i zaordynował wykonanie wspólnego, pamiątkowego zdjęcia. Awansowałem na „druga”, jeszcze dostałem z pięć papierosów oraz zapewnienie, że w razie kłopotów mam się na niego powoływać. Na sam koniec dostaje pokaz zachowań zniecierpliwionych kirgiskich dam. Żona naczelnik wraz z moją gospodynią tak na niego nakrzyczały, że impreza w moment została zakończona.

Niestety, zaczęło się ściemniać – motocykl w proszku, moje rzeczy wszędzie porozrzucane. Wieczór spędziłem z gospodarzami, pijemy hektolitry herbaty i wspominamy Karola z www.wyprawyrowerowe.pl, który gościł w tym samym domu rok wcześniej. Pamiętam, że byłem wściekle głodny i miałem wielką motywację aby następnego dnia wszystko naprawić. Dowiedziałem się też, że zgubiłem się: wylądowałem w Sarkamusz, w tej wsi droga się kończy i dalej i tak bym nigdzie nie dojechał.

 


Dodaj komentarz