Wyjazd!

Pierwotny plan zakładał, że uda mi się wyjechać w trzy dni z Unii Europejskiej. O ile pierwszego dnia faktycznie przejechałem jakieś 800 km i udało mi się dojechać do Vásárosnamény na Węgrzech – okupiłem ten wyczyn ogromnym zmęczeniem, które przetrzymało mnie w łóżku do południa następnego dnia. Końcówkę przejechałem po ciemku szukając godzinę kempingu, pewnie wszystko by się udało ogarnąć przed zmrokiem gdybym nie pojechał z poradą Ovi Maps do zamkniętego promu drogami piątej kategorii. Jeszcze jakieś leczo własnej roboty na kempingu i mogłem iść spać.

Droga nie była specjalnie ciekawa, Sandomierz, drewniane kościoły we wschodniej Słowacji, zabytkowe świątynie w Takos i Csarodzie. Mimo, iż węgierska prowincja dobrze mi się kojarzy i, z niewyjaśnionych powodów, po prostu mi podoba mi się, ucieszyły mnie bardziej zróżnicowane widoki, które zastałem w Rumunii. Delikatne górki, bardziej kręte drogi, kolorowe, transylwańskie wsie. Jedyny problem to przejazdy przez całe rumuńskie miasta, które zajmowały mi po czterdzieści minut. Rozwiązania komunikacyjne podobne do naszych, zamiast wybudować obwodnice znacznie lepiej jest fundować zwiedzanie paskudnych blokowisk na obrzeżach miast. Pod wieczór dojechałem do Sighisoary, którą za swój cel obrało całe stado „majówkowych” turystów z Polski. Samo miasteczko jest śliczne, kuchnia, ze zrozumiałych powodów, to mieszanka rumuńsko-węgierskich (węgiersko-rumuńskich?) specjałów, kilka otwartych knajp na rynku – ale dwa dni po wyjeździe z Polski jeszcze nie tęskniłem za kontaktem z rodakami, którzy opanowali miasteczko, więc nastąpił szybki odwrót do hostelu i postawiłem na szybki powrót do hostelu i pobudkę razem z kurami.

Dodaj komentarz