Pierwsza noc w Iranie

No,  w sumie to na granicy.

Pomachałem na do widzenia wszystkim Ormianom, po raz setny sprawdzono mi pieczątki w paszporcie.

– Sczastlivogo (*)!

(*) powodzenia.

Każdy kto próbował wjechać do Iranu swoim pojazdem wie, jak bardzo upierdliwe jest załatwianie Carnet de Passage  – archaicznego papieru celnego będącego zabezpieczeniem, że motocykla w Iranie nie będę próbować sprzedać  – w moim wypadku kaucja, którą musiał bym w Polsce zostawić wynosiła by czterokrotność wartości motocykla. Możliwy jest całkowicie legalny wwóz własnego pojazdu załatwiany w jakiś magiczny sposób na granicy. Mentalnie byłem przygotowany na 30 godzin, które spędzę na granicy tak aby wjazd bez Carnet de Passage załatwić sobie sam, omijając pośrednika. Jak każdy, próbowałem negocjować z jednym pośrednikiem, którego udało mi się znaleźć w internecie – motocyklistą Husajnem z http://www.overlandtoiran.com/, tak jak każdy, poległem. 500 dolarów za usługę. Bardzo drogo. Niemniej, uczciwe go poinformowałem, że spróbuje to załatwić sam, przeczytałem cały internet, wydawało mi się, że cały know-how mam w głowie. W torbie miałem trochę chleba i sera, duży zapas wody i mocne postanowienie, że się uda.

Śmiesznie było od początku. Przy pierwszym szlabanie musiałem zostawić motocykl, choć sami pogranicznicy wydawali mi sprzeczne polecenia. Jeden, bardzo miły, zapraszał za szlaban, drugi, lekko gburowaty miał zdecydowanie inne zdanie – pojazd zostaje na ziemi niczyjej. Trwało to z 10 minut aż wreszcie starszy stażem postawił na swoje i pieszo powędrowałem do budynku. Tutaj druga niespodzianka – zawiesił się system komputerowy, więc kolejka robiła się coraz większa ale nikt nie był odprawiany. Po dłuższej chwili zainteresował się mną jakiś cywilny pracownik (cywilny jak domniemam, po prostu, nie był w mundurze), który jako jedyny mówił coś po angielsku i wytłumaczył mi cała procedurę.

Dopiero później się nauczyłem, że cywilnie ubrany gość może więcej od tego w mundurze i jest jakby ważniejszy, bo może bym tę znajomość z miłym gościem mówiącym choć trochę po angielsku wykorzystał następnego dnia.

Najpierw pieczątka w paszporcie (system kiedyś się odwiesi), potem lecę po wszystkie torby i pozwalam je prześwietlić i wychodzę drugim wejściem z budynku, co w sumie oznacza, że jestem już w Iranie. Magiczne słowo Carnet nie padło. Przyniosłem wszystkie torby, cała kontrola była na luzie, bo nie miałem ze sobą nic zakazanego, nawet w formie zachodniej muzyki na plikach mp3. Strict legal. Jak nigdy.

Poszedłem do znajomego cywila upewnić się, że to już wszystko.

– Tak, witaj w Iranie!

– A Carnet de Passage?

– Nie jest potrzebny!

– Na pewno?

– Tak

Wooooow! Ale zmiana. Czytałem przed wyjazdem, że Iran otwiera się na turystów, że policja dostała nakaz bycia pomocną, że jest coraz łatwiej o wizę czy inne formalności, ale takiej promocji się nie spodziewałem. Zostawiłem torby przed wyjściem po „irańskiej” stronie i zachwycony wróciłem po motocykl. Pokazałem wszystkie stempelki, o karnecie nikt nic nie wspominał więc pełen entuzjazmu odpalam maszynę i zamierzam pojechać po mój bagaż. Po 100 metrach zatrzymuje mnie kolejny szlaban, którego wcześniej nie zauważyłem.

– Carnet de Passage jest?

Entuzjazm spadł. Wedle mojego stanu wiedzy w sierpniu 2015 roku kluczem do wjechania do Iranu na granicy było wykupienie tranzytowego Carnet de Passage.

– No carnet. Armenia, Iran, Turkiye. Transit.

– No problem, tommorow, Mr Abbasi (*)

(*) nazwisko fikcyjne, zapomniałem prawdziwego.

Udało mi się jeszcze ustalić, że mam się stawić między 8 a 9 rano we wskazanym budynku i że mogę pójść spać obok motocykla na parkingu, na którym celnicy zostawiają swoje samochody. Wymieniłem dosłownie kilka dolarów, zjadłem batonika, którego dostałem od jednego z celników i poszedłem spać zadowolony z siebie, że za pomocą sześciu prostych słów zaoszczędziłem 500 dolarów.

Dodaj komentarz